Kategorie: Wszystkie | codzienność | przemyślenia | studia
RSS
poniedziałek, 28 grudnia 2009

 

Zdarzyło wybrać mi się do normalnego kina. Mówię, a raczej piszę normalnego, gdyz ostatnio średnio raz na tydzien bywalam tylko w alternatywnym kinie Agrafka w Krakowie. Teraz nadarzyla sie okazja, gdyż bilety wpadly w moje ręce za darmo. Wyruszyłam zatem z przyjacielem do królestwa kultury i zakupów masowych, do mekki wszystkich chcących się ukulturalnić w mieście pseudo - intelektualistów - a mianowicie kina Helios.

Film? Avatar. Podeszłam do niego jak najbardziej sceptycznie. Że pewnie dużo szumu o niczym, gdy dowiedzialam sie, że Oscara ma dostać za efekty specjalne, pogrzebalam wszelakie nadzieje na jakąkolwiek fabule i grę aktorską. Może i Pan Cameron zlym rezyserem nie jest, ale z kinem ambitnym nie kojarzyl mi sie nigdy.

Zdziwienie pierwsze - przed salą kinową by umilić czas ludziom czekającym ( a raczej czekająco żrącym popcorn) puszczono muzykę. Ale co leciało? SOAD. Choć ostatnio w radiu bielsko uslyszałam La Roux i Huntera. Czasem jednak widze nadzieję dla tego świata :D

Zdziwienie drugie - film mi się podobał! Owszem, fabula mhmmhm, nie będę pisać o czym film, niech sobie każdy sam zobaczy, ale przynajmniej była! Gra aktorska? Pól filmu to 'animacja', więc trudno o takowej mowić. Ale co za grafika! Bylam nią ZACHWYCONA. Tu nawet nie chodzi o efekty specjalne, tu chodzi o pokazany świat, świat pelen kolorów, piekna, szczęścia. Dlatego też film oceniam in plus. I chyba mogę z czystym sercem jednak polecić.

Po filmie spragnieni posiedzenia gdzieś, tudzież napicia się czegoś, tudzież rozmowy, postanowiliśmy udać się do kawiarni. I... ja rozumiem, że poniedzialek, że początek tygodnia, ale WSZYSTKIE co lepsze kawiarnie zamknięte juz o 22, to jak dla mnie lekka przesada. Szczególnie, że Bielsko wcale takim malym miastem nie jest. Oczywiście otwarte wszelakie puby, kluby, ale dla amatora dobrej kawy lub herbaty, miejsca do siedzenia, zdecydowanie nie ma. Za to jednak cenie Kraków. Ze późnym wieczorem, można jednak udać się do jakiejś kawiarni.

 

A teraz dziecko muzyki, kobieta muzyki, dusza muzyki, ma muzyczny orgazm. Postanowilam przesluchać najlepsze wg rankingów wszelakich płyty 2009 w poszczególnych gatunkach. Póki co: indie i electro. Jak można się bylo spodziewać, im dalsza pozycja, tym bardziej muzyka mi się podoba :)

A to moi faworyci roku 2009 z tychże gatunków. Kolejność przypadkowa.

Bat For Lashes - Two Suns

Bear In Heaven -  Beast Rest Forth Mouth

Owl City - Ocean Eyes

Phoenix - Wolfgang Amadeus Phoenix

Atlas Sound - Logos

Ronald Jenkees - Disorganized Fun

Fever Ray - Fever Ray

Peaches - I Feel Cream

Telepathe - Dance Mother

The Pains of Being Pure at Heart - The Pains of Being Pure at Heart

The xx - xx

 

 

 

 

 

 

niedziela, 27 grudnia 2009
granatowyprawieświąteczny

Ze się tak banalnie wyraże: święta, święta i po świętach.

 

Było zabawnie, a jakże. Nie zabrakło:

1. Rozmowa z Ziutkiem i Stefką w wannie. Mimo, że milczeli, mieli do powiedzenia więcej, niż niejedni ludzie w moim otoczeniu. W ramach protestu i żaloby po przyjaciołach z 'łazienkowego stawu' karpia na wigilii nie jadłam.  Przepraszam - przyjaciół na wigilii nie jadłam. Poza tym, gdy zobaczyłam warunki w jakich trzymane są te ryby w supermarketach, ledwo dysząco zipiące w ledwo wodzie, nielekko zakrwawionej do głowy przyszło założenie mi organizaji 'uratuj karpia!'. Oczywiście pomysł glupi i utopijny acz głupie manifesty od zawsze siedziały mi w głowie.

 

2.Zakupy. W moim mieście rodzinnym, czyli Bielsku Białej, wybudowano trzeci wielki dom handlowy czy jak to tam się nazywa. Dla okolicznej społeczności, tak zwanych maniur, galerianek i innych Panów subkultury banana, wydarzenie ogromne i przełomowe. Moja noga dluga tam nie stanęła, niestety ostatecznie zmuszona do tego zostalam, potrzebą kupienia nowego płaszcza. Po pierwsze wystraszyłam sie ogromnej ilości ludzi biegnącej nie wiadomo gdzie i nie wiadomo za czym. Po drugie wszystkimi badziewnymi ozdobami świątecznymi. Nie jestem ich przeciwnikiem, owszem, nawet lubię, ale niech to jakoś wygląda i coś sobą prezentuje, a nie świeci i po prostu jest i 'krzyczy' "zauważ mnie! Jestem ozdobą świąteczno sklepową! Jestem zajebisty!" Po trzecie, sam zakup plaszcza okazał się czynnością absurdalną. Nie ma, za drogie albo bez rozmiaru. Wbrew swojej płci - nienawidzę zakupów. Nienawidzę.

 

3.Kolacja wigilnej przede wszystkim nie mogło zabraknąc. Jedzenie, jedzenie, jedzenie. Sztuczne, ale na szczęscie nie tylko uśmiechy na twarzach i puste życzenia - na szczęście także nie zawsze. W gruncie rzeczy - źle nie było. Ale nie jest to najważniejsze wydarzenie w moim życiu. A po wigilii pasterka. Poszłam: pić ze znajomymi. I przynajmniej jawnie się do tego przyznaliśmy, rodzicom innym znajomym i okolicznej napotykanej ludności. Hipokryzja ludzi, którzy od razu po skończonej kolacji biegli na stację benzynową po piwo, wódkę, papieorsy etc, a potem od razu z tymi siatami do kościoła, przeraziła mnie. Sama jestem ateistką, może dlatego tak jakos świąt nie - do - końca - lubię. Ale nie mam nic przeciwko wierze itp itd, wręcz przeciwnie - co kto lubi, w co kto wierzy - szanuję i podziwiam może i czasem wiary w coś zazdroszczę. Ale ci wszyscy pseudo - katolicy na ulicach gnający z petem i piwem w ręku i przekleństwem na ustach do kościoła... Przerażające i zatrważające.

 

4.Spotkanie rodzinne też musiało być, a jakże by inaczej. I miliony pytań: "Kiedy wychodzisz za mąż, ja w Twoim wieku mialam już dzieci!" "Dlaczego tak schudłaś?? Ty nic na tych studiach nie jesz!" "Jak studia?" "Masz chlopaka?" "Dlaczego znowu jesteś cala ubrana na czarno?" "Nie rozumiem dlaczego wybralaś akurat matematykę stosowaną?!" Pozostawię bez komentarza.

 

 

Na szczęście koszmar czasu milości i nadzieji się skończyl. Wracamy do (pewnie powiem herezję) PIĘKNEJ RZECZYWISTOŚCI CODZIENNEJ. Co ja mogę, że świat na codzien, normalny, szary albo i wcale wcale nie taki szary, mi się podoba :)

 

poniedziałek, 21 grudnia 2009
miłość w czasach śmierci

My Sister's Keeper.

 

Po obejrzeniu Szkoły Uczuć, Keitha (zresztą bardzo dobry film!), wszelakie filmy dotyczące milości&śmierci - rak, guz etc, kojarzyły mi sie jednotorowo. Z ckliwymi filmami o miłości i poświęceniu, które nie sa złe, wręcz przeciwnie, ale graja na tanich emocjach widza i jego uczuciach.

 

W tym filmie także mamy doczynienia z poświęceniem. Matki dla dziecka. Ale także siostry, poświęcenia nieświadomego, zaplanowanego przez rodzicow. Życie dziewczynki poczęte zostało tylko po to, by mogła ona utrzymac swoją siostre przy życiu.

 

Jednak mając 11 lat zaczyna ona myśleć sama. Nie chce tak więcej. Pozywa do sądu swoich rodziców i walczy o prawo decydowania o własnym ciele. Jak wiadomo rozbija to, a raczej dzieli rodzinę.

 

Film może też trochę zbyt grający na ludzkich emocjach, czego nie lubię. Ale na pewno nietypowy.

 

Podobno zły, bo inny od ksiązki i książka podobnoż tysiąc razy lepsza. Osobiście nie wiem, nie czytalam. A bez jej czytania, filmowi mogę dac spokojnie 7/10.

 

 

21:25, oxytocin
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 grudnia 2009

"Siostro Prudencjo...!"

A teraz:

"Czy ta Pani Pana chce. Ah, para z Częstochowy Zenek i Genowefa." Przesledźmy ich ślub, ich milość, jakie to romantyczne!

 

W moim wynajętym, cudownym, krakowskim mieszkanku doceniam jedną rzecz. NIE MA TELEWIZORA.

 

W domu rodzinnym telewizor mamy nawet w łazience i toalecie. Włączone wszystkie zawsze. Najczęsciej na różnych programach. Dla nich to stali domownicy, bez których żyć nie można, a dla mnie jakiś niezrozumialy chorał głosów i ryków. Wyobraź sobie, sikasz za przeproszeniem albo prysznic bierzesz i nagle patrzy na Ciebie wielka głowa Głowy Państwa albo kolejna zlota myśl Rysia z klanu zagłusza cudowny szum wody z prysznica. Kurwica bierze totalna. Zaniedługo otworzę lodówkę, a tam pewnie też będzie ekran pełen cudownych obrazów.

A co do ilości...

Ja nie wiem czy to jakaś spoleczna hipochondria, kompleks historyczny, że kiedyś nie było, bieda była, może nie być skoro już kiedyś nie było, czy co, ale jedno jest pewne. Pokolenie moich rodziców, czytaj: moi rodzice na pewno, robią glównie jedno - gromadzą.

 

Remont goni remont. Zakupy gonią zakupy. Na bibeloty nie ma już miejsca. Tak samo na garnki, talerze, nowe żabki do firanek i chodniczki, mydelniczki, choineczki, siateczki, kwiateczki. Kociokwiku można dostać widząc to wszystko.

 

Tęskni za moim krakowskim minimalizmem. I życien, byciem, duchem duszą cała. Nie rzeczą.

piątek, 18 grudnia 2009

Linuksa nie umiem.

Latexa nie potrafie.

 

Na cholerę mi za przeproszeniem, biednej kobiecie, na matematyce stosowanej, putty, komendy srendy i inne programowania. Dzień bez Epsilona to dzien stracony! Nie bez czarnego okienka, co jak czarna dziura wygląda i w ogole do mnie nie przemawia.

 

A ten mnie jeszcze poprawia, że nie latex, tylko linuks i że ja o jednym, że lateks i od razu wiadomo o co chodzi. Mężczyzna się znalazł. O! On tez nie wie. To ja, biedna, bezbronna, matematyczka z humanistycznym umyslem i pociągiem do ciągów, całek i szeregów wiedzieć mam? Ja nie na informatykę szłam! Zresztą szanowny Pan ćwiczeniowiec, zadania zadaje, wykładow nie ma, jego wyjaśnien nie ma, siada sobie w ściane patrzy kawkę pije, zero komunikacji student - 'mistrz'. Róbta co chceta, a raczej musita, najlepiej wymyslcie sobie to sami. Ja wiem, że to wyższy poziom nauczania, nie liceum, ale przynajmniej jakieś pozory względnego zainteresowania naszą wiedzą i wszelakie pozory chęci nauczenia nas czegoś byłyby wskazane!

 

"Krolowa czystych myśli" Poproszona o wybaczenie zostala.Taka ja czysta jaka ja Kayah. Studentki z natury prowadzą sie szumnie.

 

A ze świąt to zapamiętam na pewno Leje, Rudina i Fichtenholza. To który na przystawkę, danie główne i deser?

 

Btw. PKS. Reszta jest milczeniem.

Chora jestem. Z nudów zatem bloga załozylam. Człowiek przyklejony do łóżka 24 godziny na dobę robi różne, dziwne rzeczy, ktorych normalnie uczynić, by nie uczynił.

Przepraszam. Wstałam dwa razy:

1.Do cudownej Pani lekarz. Która to wyzwała mnie od idiotek nie dbających o własne zdrowie. Zadziwia mnie wsparcie duchowe i podejście do pacjenta polskich lekarzy. To tak stawia na nogi!

2.Wstałam. Ale zeszłam. Spotkanie z podłoga drastyczne.

 

A dzis trzeba wrócić do domu na święta. W bilet zaopatrzyłam sie juz w poniedziałek, bo dostać go dzień lub dwa wcześniej, nie mówiąc juz o samym dniu wyjazdu, to byłby cud. Skąd tych ludzie się, że tak kolokwialnie powiem, kurwa mac! tyle bierze. I bez biletu wpycha sie to to na chama do busa lub tez autobusa, ma pretensje do całego świata,  do Ciebie szczególnie,że nie siedzi, a Ty tak (trzeba bylo kurde postać w kolejce minimum godzine i sobie ten cholerny bilet kupić!) , sapie, dyszym, opiera się, okłada torebką. Aghr!

 

Szczerze mówiąc to moglabym przespać cale świeta jak juz do tego domu wrócę. Te wszystkie świecidełka, sztuczne choinki, sztuczne uśmiechy, sztuczne jedzenie udające 12 tradycyjnych potraw ( a zrobię sobie wigilie z 6 piw i 6 paczek papierosów, tez 12!), sztuczne życzenia. I ta gonitwa za:

-prezentami

-karpiem

-opłatkiem

-ostatnim słoikiem maku w przydomowym sklepiku

Udawanie, że wszystko pięknie, wszystko ładnie jak to my się nie kochamy. Jedzenie, jedzenie, jedzenie. Sylwester. Picie, picie, picie. Zgon. Wracamy do życia.

 

Ależ ja sie pesymistyczna zrobilam. To wina mrozu. Sniegu. Jasnośc wszelaka na mnie źle wplywa.